O projekcie > Wiadomości > Ruchy społeczne a...

Ruchy społeczne a demokracja lokalna

2013-02-04
Pojęcie demokracji lokalnej jest w Polsce znane i propagowane. Na pewno zyskało na jasności dzięki badaniom i literaturze naukowej, choć można się spierać, czy lokalny poziom demokracji działa jak należy.

(...) Ruchy społeczne nie są przedmiotem nagłośnionych debat ani systematycznych badań empirycznych, choć poddaje się je analizie. Pewien wyjątek stanowią analizy ruchów ekologicznych, co zawdzięczamy głównie pracom Piotra Glińskiego, który bada tę problematykę w kontekście rozwoju społeczeństwa obywatelskiego. (...) Z analizą tzw. nowych ruchów społecznych w Polsce jest niewiele lepiej. Ich dynamika i różnorodność sprawiają, że lepiej wyrażają się same, aniżeli z pomocą teoretyków i badaczy.

Stosunkowo mało znanym obszarem, dostarczającym tego typu przykładów są tzw. ruchy miejskie. W czerwcu 2011 roku w Poznaniu odbył się Pierwszy Kongres Ruchów Miejskich, na którym 48 organizacji podpisało 9 tez oraz apel o solidarność miast. Pierwsza teza brzmi: „Mieszkańcy mają niezbywalne prawo do miasta” (por. B. Świątkowska, Coś, które nadchodzi. Architektura XXI wieku, Fundacja Bęc Zmiana, Warszawa 2011). Warto dodać, że pierwsze zdjęcie w tym zbiorze pochodzi z Puerta del Sol i przedstawia manifestację w Madrycie w dniu 15 października 2011 roku, a pierwszy w kolejności tekst, Joanny Kusiak, dotyczy ruchu Occupy Wall Street.

Na progu 2012 roku sytuacja ta uległa zmianie. Młode pokolenie socjologów zdaje się być zniecierpliwione (choć nie oburzone) brakiem badań, analiz i debat na ten ważny temat. Być może dlatego, że historia właśnie ponownie upomina się o badaczy ruchów społecznych, podobnie jak miało to miejsce w 1981 roku. Stajemy w obliczu sytuacji, gdy niespokojny rok 2011, naznaczony licznymi ruchami protestu, które być może są już ruchami społecznymi, wzmógł naszą ciekawość. Jest to inna ciekawość, aniżeli ta, którą zaspokoiły media serwujące nam obrazy i newsy płynące przez cały rok z Egiptu, Grecji, Hiszpanii, Syrii czy Moskwy. Jedną z nielicznych dyskusji na ten temat była konferencja „Czy ruchy społeczne zmieniają świat?” [24.11.201 - VII seminarium w ramach "Decydujmy razem"]. Jakby nieco wbrew nazwie, w debacie tej znalazło się także miejsce na rozważanie spraw o charakterze lokalnym, które łatwo zaniedbać, gdy rozmawia się o procesach w skali globalnej.

W tym tekście, jako badacz, zwracam uwagę na konflikty i akcje protestacyjne, które towarzyszyły planom budowy, samym budowom i eksploatacji farm wiatrowych w Polsce. W ostatnich latach (zwłaszcza 2010-2011) nastąpił zauważalny wzrost dynamiki tych inwestycji, w 2011 roku były lokowane na coraz większym obszarze i pojawiły się również tam, gdzie dotąd ich nie było np. na Opolszczyźnie. Niewielkie nawet akcje protestacyjne nabrały tempa i rozmachu, zwłaszcza pod koniec 2010 roku, czyli w czasie wyborów samorządowych, doprowadzając do zmiany układu sił i wyboru przeciwników farm wiatrowych. Taka sytuacja miała miejsce np. w Górze Kalwarii, gdzie planowano postawienie dziesięciu elektrowni wiatrowych, co byłoby precedensem, zważywszy na bliskość stolicy.

Przykłady akcji protestacyjnych

Jesienią w 2011 roku zostały przeprowadzone badania, które objęły 15 studiów przypadku, pozwalających ocenić konsultacje społeczne, które towarzyszyły, często w postaci fasadowej lub szczątkowej, powstawaniu elektrowni wiatrowych (...). Dla potrzeb tego projektu, warto pokazać, w telegraficznym skrócie, cztery zbadane  przypadki.

W znanej turystom miejscowości Dębki, w województwie pomorskim, planowano zamontowanie, po raz pierwszy w Polsce na morskich platformach, 33 wiatraków, co napotkało na opór tamtejszych mieszkańców. Protest okazał się skuteczny. Mieszkańcy włączyli do swej akcji celebrytów, spędzających w Dębkach letnie wakacje. W następstwie społecznego protestu uznano, że inwestycja, położona w obszarze chronionym programem Natura 2000, stanowiąca zagrożenie dla migracji ptaków, nie może zostać zrealizowana.

W Lipnie, w województwie wielkopolskim, planowano budowę około 60 turbin wiatrowych. Jak w wielu podobnych przypadkach, oprotestowano zbyt małą odległość od zabudowań mieszkalnych, w jakiej wiatraki miałyby zostać postawione. Odległość ta nie jest w polskim prawie jednoznacznie określona. Inwestor, którego udziałowcem był Zbigniew Boniek, musiał się wycofać, nie był bowiem w stanie spełnić wymogu zachowania odległości minimalnej 2,5 kilometra, której żądali mieszkańcy. Ostatecznie rozstrzygnął wynik referendum, w którym zdecydowana większość opowiedziała się przeciw wiatrakom.

W Orchowie, także w województwie wielkopolskim, w wyniku akcji protestacyjnej części mieszkańców postanowiono przeprowadzić referendum. Okazało się, że budowę 23 wiatraków poparło blisko dwie trzecie głosujących mieszkańców.

W Łazanowie, w województwie łódzkim, mieszkańcy zaprotestowali przeciwko pominięciu ich w uzgodnieniach pomiędzy władzami gminy a inwestorem, dotyczących budowy elektrowni wiatrowej. Protest przybrał gwałtowny charakter. W maju 2011 roku kilkudziesięciu mieszkańców zablokowało drogę przebiegającą przez Łazanów. W wyniku negocjacji między inwestorem, władzami samorządowymi i mieszkańcami, radni w głosowaniu zaakceptowali studium uwarunkowań i kierunków rozwoju, zawierające postanowienie, że na terenie Łazanowa nie będą mogły powstawać tego typu inwestycje, przy czym nie wykluczono ich budowy na innych obszarach gminy.

Perspektywa ruchu społecznego

Obserwując lokalne protesty przeciwko farmom wiatrowym, można zadać sobie pytanie, co by się stało, gdyby lokalne ogniska protestu rozszerzyły się na tyle, aby spowodować pożar na większą skalę? Jest to wielce prawdopodobne, gdy do gry włączają się zarówno media, jak i użytkownicy Internetu. Z reguły dziennikarze, a na pewno internauci, stają po stronie protestujących obywateli, chętniej utożsamiając się ze zwykłymi ludźmi, aniżeli z urzędnikami lub koncernami. Takie akcje solidarnościowe mają jednak przebieg równie gwałtowny, co krótkotrwały. Aby aktywiści lokalnych protestów połączyli i skoordynowali swoje cele i działania, musi zostać spełnionych znacznie więcej czynników, aniżeli tylko zainteresowanie mediów (...). Zdarzyć się może, że staniemy się świadkami procesu, który swoje początki miał w skali lokalnej, gdzie odebrano mieszkańcom prawo do bycia obywatelami, a będzie skutkował rewitalizacją demokracji w skali całego kraju, a kto wie, czy nie szerzej. Zauważmy przy tym, że w Polsce właśnie kwestia energii odnawialnej staje się coraz bardziej istotna i dotyczy nas wszystkich, a nie tylko grup mieszkańców, którzy boją się sąsiedztwa wiatraków lub obniżenia wartości gruntów w okolicy elektrowni. Zwarcie szyków ma miejsce głównie w środowisku inwestorów, których łączą wspólne interesy i chęć przeforsowania korzystnych zmian regulacji prawnych, podatkowych i uzyskania gwarancji dopłat do zielonej energii. Wokół energii, zarówno tej ze źródeł konwencjonalnych, jak i odnawialnej, będzie na pewno toczyć się nadal globalna gra polityczna i biznesowa, z udziałem wielkich mocarstw, międzynarodowych koncernów i służb specjalnych. Co w takiej sytuacji mogą zrobić obywatele, tym bardziej, że ich cele i formy działania mają charakter wyłącznie lokalny? Wydaje się, że jedyną szansą na skuteczną obecność w tej wielkiej grze jest ruch społeczny walczący z zagrożeniem środowiska w Polsce i na świecie. Jaki miałby być ruch społeczny występujący przeciwko zielonej energii, która ma zastąpić energię konwencjonalną? Czy ma sens rozpatrywanie takiego scenariusza?

Hipoteza ruchu społecznego nie powinna z góry wykluczać żadnej możliwości. Choć, gdy myślimy o słabościach utopij nie, to ruch społeczny (jak wykazał to 1981 rok w Polsce) okazuje się często okazją do szybkiej, acz rzadko dobrze odrobionej, lekcji demokracji (...).

Hipoteza ruchu społecznego być może powinna wziąć pod uwagę inny scenariusz, gdy przeciwnikiem ruchu nie są inwestorzy, ale władze lokalne, które są skorumpowane, mataczą i de facto nie reprezentują mieszkańców, a jedynie siebie.

Wszelkie założenia ruchu społecznego – za lub przeciw wiatrakom – także te bardziej spektakularne, będą miały z konieczności wspólne założenia wstępne. Będą nimi poważne braki i ułomności demokracji lokalnej. Im mniej będzie ducha i mechanizmów owej demokracji, tym większa szansa na opór i żywiołowe protesty, które mogą tworzyć ogniwo jeśli nie ruchu społecznego, to co najmniej ruchu protestu.

Każda próba zbudowania farmy wiatrowej, a należy się spodziewać wielu tego typu inwestycji w nadchodzących latach, będzie swoistym testem funkcjonowania samorządów. Pamiętajmy, że elektrownie wiatrowe sytuowane są na terenach wiejskich, a więc ów test obejmie mieszkańców, radnych i administrację gmin wiejskich. Samorządy, które podejmą ryzyko otwartej komunikacji z mieszkańcami wrócą do swoich źródeł, czyli do demokracji bezpośredniej, ewentualnie nieco wzbogaconej technologicznie. Czy są na tyle otwarte? Czy są do tego rzeczywiście przygotowane? Mogą to zrobić na dwa sposoby: albo realizując faktyczne, a nie fasadowe konsultacje społeczne, albo też po prostu przypominając sobie, że nie są suwerenem, ale pochodzą z bezpośredniego wyboru i mają służyć społecznościom lokalnym, które reprezentują. Wystarczy, aby nie uciekały przed rzetelną polityką informacyjną, organizowały dobrze przygotowane otwarte spotkania z mieszkańcami oraz wizyty studialne w miejscach, gdzie działają farmy wiatrowe. To tak niewiele, a zarazem tak dużo.

dr Paweł Kuczyński
socjolog, współzałożyciel Zespołu Analizy Ruchów Społecznych (ZARS),
członek Zespołu ds. Konsultacji Społecznych Polskiego Towarzystwa Socjologicznego (PTS)

pełny tekst: Animacja Życia Publicznego. Analizy i rekomendacje nr. 2 (7) 2012

Portal Decydujmy razem używa plików cookies. Przeczytaj naszą Politykę prywatności aby dowiedzieć się więcej.
Aby usunąć tą wiadomość wystarczy kliknąć w przycisk po prawej: