O projekcie > Wiadomości > Kto ma prawo do...

Kto ma prawo do miasta?

2013-02-22

Niedostatek partycypacji publicznej w miastach jest faktem. Badania przeprowadzone w Instytucie Spraw Publicznych w ramach projektu „Decydujmy razem”, które miały zdiagnozować stan partycypacji publicznej w Polsce, pokazały, że jest jej relatywnie najmniej w gminach miejskich, mieszkańcy gmin wiejskich i miejsko-wiejskich w regulowanie lokalnych spraw publicznych są bowiem włączeni w większym stopniu.

Wniosek jest zatem jednoznaczny: miasta są zarządzane najmniej partycypacyjnie – dotyczy to zarówno poziomu kształtowania, jak i realizacji polityk publicznych. Ten stan rzeczy w znacznej mierze tłumaczy, dlaczego właśnie w środowiskach miejskich, nie zaś gdzie indziej, partycypacja publiczna stopniowo nabiera charakteru „gorącej” kwestii społecznej. Debata nad partycypacją publiczną – mówiąc precyzyjniej: jej niedostatkiem w życiu publicznym miast i wynikającą stąd potrzebą jej rozwoju – toczy się nie tylko w serwisach internetowych czy na forach mass mediów, ale przebiega także „na ulicy”, przybierając formę spektakularnych akcji społecznych, jak choćby „obywatelsko nieposłuszne” przejęcie i uruchomienie na jeden dzień baru mlecznego zamkniętego przez władze jednej z dzielnic Warszawy.

Dlaczego tak trudno o partycypację w miastach? 

W gminnych wspólnotach miejsko-wiejskich, życie publiczne toczy się w innej skali niż w miastach. Tutaj prawie wszyscy się znają, co oznacza, że często kontakty prywatne naturalnie nakładają się na relacje formalne, w tym relacje „gminne władze – obywatel”. W rezultacie relacje te często mają spersonalizowany charakter, co ułatwia przebiegający w ich ramach proces komunikacji, a więc także wywierania wpływu. W takich warunkach praktyki partycypacyjne są o tyle bardziej prawdopodobne, że mogą pojawiać się naturalnie. Miasto z natury rzeczy tworzą więzi i relacje bezosobowe i instrumentalne – w tych warunkach nie ma w zasadzie szans, aby partycypacja publiczna pojawiała się naturalnie i spontanicznie. W mieście, żeby z idei zamieniła się ona w praktykę, musi być świadomie i celowo wypracowywana. To pierwsze źródło trudności.

Kto chce „prawa do miasta”?

Wspomniane wcześniej badania pokazują, że najbardziej gotowi i chętni do uczestnictwa w praktykach partycypacyjnych są mieszkańcy o wyższym statusie społecznym (wykształcenie, pozycja zawodowa). W miastach zatem jest relatywnie liczna grupa dysponująca wystarczającymi zasobami kulturowymi i społecznymi, żeby angażować się w praktyki partycypacyjne. W tej sytuacji brak wpływu na to, co się w mieście dzieje, jest odczuwane szczególnie mocno i rodzi postawę, którą dobrze wyraża idea „prawa do miasta”. Sformułowana po raz pierwszy w latach sześćdziesiątych XX wieku, zdaniem jego zwolenników i propagatorów dotyczy nie tylko dostępu do zasobów miasta, ale przede wszystkim jest „prawem do zmiany i wynajdowania miasta na nowo takim, jakim go pragniemy”.

Czy zatem jesteśmy skazani na narastanie konfliktu między demokratyczno-biurokratycznymi strukturami zarządzania miastem, dla których – jak na razie – nie widać sensownej i realnej alternatywy, a partycypacyjnymi aspiracjami mieszkańców miast? Otóż nie. Przynajmniej częściowym rozwiązaniem problemu jest koprodukcja – i w niej można upatrywać szansy na poprawę stanu partycypacji publicznej w środowiskach miejskich.

Koprodukcja, czyli "prawo do miasta" w działaniu

Partycypacja publiczna kojarzy się zwykle z włączaniem się obywateli w procesy decyzyjne, przebiegającym na poziomie działania organów władz publicznych. W rzeczywistości występuje również na niższych szczeblach działania, a więc tam, gdzie zadania i polityki publiczne, o których już ogólnie zadecydowali lokalni lub centralni politycy, są wykonywane. Innymi słowy, obywatele mogą uczestniczyć w funkcjonowaniu instytucji odpowiedzialnych za świadczenie wszelkiego typu usług publicznych, takich jak transport publiczny, bezpieczeństwo, edukacja czy kultura. Ten typ partycypacji publicznej ma swoją odrębną nazwę – określa się go mianem koprodukcji. Jej istotą jest udział obywateli w procesie dostarczania usług, z których sami korzystają.

Każdy z nas w codziennym życiu w mniejszym lub większym stopniu, rzadziej lub częściej, uczestniczy w produkcji usług publicznych – wpływa na ich kształt, koszty, krańcową efektywność. Sortując sami śmieci, sprawiamy, że nie musi już tego robić specjalistyczna firma, obniżamy więc w ten sposób koszty ekonomiczne i ekologiczne, dzięki sortowaniu otwierają się bowiem nowe możliwości utylizacji. Będąc członkami „trójki klasowej”, wpływamy na przebieg procesów wychowawczych i dydaktycznych w szkole, do której chodzą nasze dzieci. Zgłaszając swoje uwagi dotyczące budżetu gminnego ośrodka kultury, stwarzamy szansę na lepsze dopasowanie jego oferty do własnych oczekiwań.

Koprodukcja jest szansą na poprawę stanu partycypacji publicznej w miastach, choć nadal prawie niewykorzystaną. Przytaczane badania pokazują, że w Polsce praktyki angażowania się w zarządzanie gminnymi usługami publicznymi nie tylko nie są rozpowszechnione, ale zjawiskiem wręcz marginalnym. Zaledwie co piąty Polak decyduje się na korzystanie przynajmniej z najprostszej formy udziału w zarządzaniu gminnymi usługami – zgłaszaniu instytucjom odpowiedzialnym za dostarczanie tych usług opinii i sugestii (w tym także protestów) dotyczących ich funkcjonowania. Rzadziej (15% mieszkańców gmin) uczestniczymy w oficjalnym procesie konsultacyjnym, jeszcze rzadziej (6%) występujemy w roli partnerów przedstawicieli gminnych instytucji usługowych w pracach podejmowanych z myślą o wspólnym rozwiązywaniu problemów lub projektowaniu nowych rozwiązań. Dlaczego zatem koprodukcja miałaby być szansą dla miast, skoro jest z nią tam tak mizernie?

Koprodukcja nie jest gorszym, ale innym typem partycypacji publicznej. Łącząc w integralną całość trzy role: obywatela, producenta i konsumenta, splata dwa obszary działania wspólnoty: polityczny i ekonomiczny, ale ma także bardzo istotne konsekwencje dla trzeciego obszaru – społecznego, wzmacnia bowiem poczucie dobra wspólnego. Tak naprawdę, z punktu widzenia jakości życia i jakości demokracji, jest ona co najmniej równie ważna jak „tradycyjne” typy partycypacji publicznej. Warto sobie uświadomić, że współuczestniczenie, choćby w niewielkim zakresie, w procesie tworzenia usług – od planowania poczynając, na wykonywaniu kończąc – przynosi korzyści członkom wspólnot, czyli ich konsumentom (bo usługi te mogą być lepiej dostosowane do potrzeb), gminnym instytucjom usługowym (bo mają szansę działać sprawniej i mieć mocniejszą legitymizację), w końcu korzyści odnosi cała społeczność lub wspólnota polityczna (bo są wzmocnione tworzące ją więzi).

Koprodukcja stwarza możliwość doświadczania tego typu „władzy nad miastem”, o który chodzi zwolennikom „prawa do miasta”. Prawda, że w ograniczonym, nie zaś pełnym zakresie, ale dzięki temu może ona działania demokratyczno-biurokratycznych struktur zarządzania miastem realnie dopełniać w sposób, który ma szansę satysfakcjonować zarówno tych, którzy mają mandat do rządzenia w mieście (i ponoszenia za to odpowiedzialności), jak i tych, którzy w mieście mieszkając, chcą mieć na nie wpływ.

Tomasz Kaźmierczak

więcej: Koprodukcja, czyli "prawo do miasta" w działaniu - jak poprawić partycypację publiczną przez udział obywateli w świadczeniu usług publicznych (Analzy i Opinie, numer specjalny 2, grudzień 2012 "Decydujmy razem")

Portal Decydujmy razem używa plików cookies. Przeczytaj naszą Politykę prywatności aby dowiedzieć się więcej.
Aby usunąć tą wiadomość wystarczy kliknąć w przycisk po prawej: